Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#92017

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W wieku niemal 30 lat zamieszkałem w bloku. Zastanawiam się, czy ludzie się zmienili na gorsze, czy to jednak ja się przyzwyczaiłem do mieszkania w domu jednorodzinnym. Opiszę tu kilka perypetii pomiędzy mieszkańcami.

Ostatnio skończyłem na wyborze zarządcy wspólnoty mieszkaniowej przez osoby, które zgodnie z prawem nie miały do tego uprawnień.

W tej chwili nie pamiętam czy się nie orientowaliśmy w przepisach, czy może nie chcieliśmy nikomu robić pod górkę z prawem, ale nie skorzystaliśmy z prawa do odwołania do sadu (ktoś to sugerował w komentarzu, ale historie są z opóźnieniem;)) Wystosowaliśmy oficjalne pismo do rzekomego zarządu (w którym dla przypomnienia zasiadało dwóch mieszkańców- prywatnie kumple dewelopera) oraz kolejne do zarządcy osiedla z prośbą o wgląd w dokumenty z zebrań i rzekomo podjętej uchwały. Obydwa pisma były wysłane w odstępach 2 miesięcznych po których było wiadomo, ze zarząd i zarządca nas ignorują. W międzyczasie odbyły się 2 zebrania z nowym zarządem. Na każdym z nich i po każdym z nich żądaliśmy dokumentów do wglądu (mamy takie prawo w każdej chwili). Za każdym razem nas zbywano, ze nie maja czasu lub pełnej dokumentacji, a nasze ataki przestały się podobać kilkudziesięciu mieszkańcom, ktorzy stwierdzili, ze jest ok, zarząd jest, niech sobie rządzą. W międzyczasie jedna kobieta, która się wcześniej zgłosiła jako kandydatka, widząc co się dzieje, zrezygnowała z tej funkcji. Na wzajemnych przepychankach upłynęło kolejnych kilka tygodni. Na jednym z zebrań Pani Adwokat stwierdziła nawet, ze uchwały wspólnoty są ważniejsze od ustawy państwowej. Na moja prośbę, żeby napisała to na piśmie odparła, ze nie ma zamiaru.
Kolega w końcu ponownie wziął sprawę w swoje ręce. Uznając z nami, ze zarząd działa nielegalnie, złożył do sądu wniosek o sądowne ustalenie zarządcy ze wskazaniem na firmę, której glosy zbierał. Pozostało tylko czekać na werdykt.

blok osiedle zarząd zarządca sad

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (90)

#92012

przez ~Zlypedagog ·
| Do ulubionych
Kryzys w edukacji.

Muszę, bo się uduszę. Jestem młodym psychologiem, wcześniej pracowałem w korporacji jako typowe mięso armatnie. Chciałem zmienić środowisko i od kilku miesięcy pracuję w szkole podstawowej. Szczerze, mniejszy wyzysk pracownika był w korporacji.

Praca po godzinach (bo przecież z Karty Nauczyciela wynika, że "można" wymagać pracy po 60h w tygodniu, plus obowiązkowe weekendy), roszczeniowi rodzice, którzy chcieliby zamknąć dzieci poza domem, najlepiej od 6 do 18 (Pan jest psychologiem, więc Pan powinien uczyć moje dziecko jak czuć i myśleć). Dzieci, które codziennie straszą cię "zgłoszeniem do kuratora", bo powiedziałeś im, że nie wolno palić w szkole. Nauczyciele, którzy zrzucają odpowiedzialność z siebie "bo Ty jesteś psychologiem, więc się tym zajmij". Dyrekcja, która każe ci robić wszystko, od bycia wychowawcą, do pielęgniarki i Woźnego. Odpowiedzialność karna w przypadku popełnienia błędu. A do tego płaca minimalna i oczekiwania wdzięczności, bo przecież masz pracę, więc nie możesz narzekać.

Przyznam, że może i nie było szacunku do pracownika jako człowieka, ale przynajmniej w korporacji godnie płacili oraz rozumiem, dlaczego tyle młodych osób nie decyduje się na pracę w szkole. Nie dziwi mnie, że jesteśmy coraz bliżej kryzysu w edukacji.

edukacja korporacja

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (145)

#92009

przez ~Tikitaki ·
| Do ulubionych
Kto doświadczył przeprowadzki międzymiastowej ten wie, że to wielki projekt i dużo tematów to ogarnięcia.
Jeden z punktów: zapisanie do nowej przychodni. W przychodni dokumenty wypełnione, podpisane. SUPER.

- Czy można przy okazji zapisać dziecko na szczepienie?
* zapisy robimy pod koniec miesiąca, proszę dzwonić. Proszę jeszcze dostarczyć kartę szczepienie dziecka z poprzedniej przychodni.

OK. Telefon do starej przychodni, przekazanie nowego adresu przychodni. Wyślą na początku miesiąca, bo jeszcze w systemie widnieje.

Pod koniec miesiąca dzwonię do nowej przychodni i proszę o termin na szczepienie i receptę na szczepionkę.
Dostępne tylko dosłownie ostatnie dni miesiąca godz. między 8-15. No cóż, biorę 15:00.

W dniu szczepienia, częściowe zwolnienie z pracy i ze szkoły i idziemy do przychodni. Rejestratorka szuka karty pacjenta, i psikus - nie ma karty szczepień. Nic nie można zrobić. Finalnie powtórka z rozrywki, telefon do starej przychodni, i ponowne rejestrowanie na wizytę w nowej.

Gdzie piekielność? Oczekiwanie, że stara przychodnia wyśle kartę za pierwszym razem i będzie bezproblemowo?
A może, że nowa przychodnia poinformuje o brakuje dokumentu? Albo chociaż rano, szykując karty pacjentów, dadzą znać?

Za dużo zaufania do ludzi

Przychodnia

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (133)

#92015

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pożar stodoły.

Kto był na takim pożarze, ten wie, że wody trzeba bardzo dużo. Zanim w ogóle wejdziesz żeby siano przewalać i przelewać to wywalone, musisz ugasić i zdemontować uszkodzoną więźbę dachową, tłumiąc w międzyczasie palące się siano.

KDR (kierujący działaniami ratunkowymi) posyła mnie i kolegę na poszukiwanie hydrantu. Patrzymy w e-remizę i mamy hydrant na sąsiedniej posesji. No to idziemy do sąsiada i hydrant jest. 60 cm nad ziemią, a zasuwa do niego pod trawnikiem. Szybki powrót do samochodu po szpadel, odkopanie zasuwy, otwarcie i mamy wodę. Sukces? No prawie.

Nasz sąsiad w połowie akcji, przybiega pytać dlaczego zniszczyliśmy mu trawnik. Widocznie dla niego był ważniejszy od płonącej stodoły sąsiada.

pożar trawnik

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (134)

#92013

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Spotkała mnie niebezpieczna sytuacja na drodze, spowodowana bardzo niefajnym zachowaniem kierowcy karetki pogotowia.

Dojeżdżam do skrzyżowania, mam zielone światło i widzę, że na prostopadłej drodze zbliża się do świateł karetka. Nie jedzie na bombach, więc spokojnie wjeżdżam, a ci nagle włączają bomby i wjeżdżają na pełnej kurtyzanie na skrzyżowanie. Gdybym miał słabszy refleks albo gorsze hamulce, to by mnie walnęli.

Istnieje taka możliwość, że jechali sobie spokojnie, aż tu nagle - dokładniej w tamtej chwili - dostali pilne wezwanie. Nie mówię, że nie. Aczkolwiek istnieje też taka możliwość, że po prostu nie chciało im się zatrzymywać na czerwonym świetle.

Za drugą wersją przemawia fakt, że zaraz za skrzyżowaniem wyłączyli bomby.

karetka ambulans skrzyżowanie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (138)

#92000

przez ~Wkurzona73cholera ·
| Do ulubionych
O kulturze parkingowej.

Ze względu na małą ilość miejsc parkingowych w okolicy i chęć zadbania o to aby auto nie było poobijane i porysowane, płacę za miejsce parkingowe na parkingu strzeżonym. Obok parkuje "dama". Przez zimę nie widać, auto brudne, wiadomo. Ale z racji ładniejszej pogody auto umyte i niespodzianka. Całe drzwi zarówno przód jak i kawałek drzwi tylnych w małych rysach, ewidentnie na wysokości wystającej na drzwiach auta obok listwy. Zgłosiłam do właścicielki parkingu, ta kamery przejrzała - no tego punktu akurat nie widać. Super.

Dzisiaj (po około 3 tygodniach od zauważenia), miałam okazję sama trafić kobietę z auta obok. Zaczynam kulturalnie, że chciałabym porozmawiać. Wielkie oburzenie: "ja z panią nie będę rozmawiać, rozmawiałam z właścicielką". Oczywiście do winy się nie poczuwa, rozmowę zakończyła tekstem, że "na kamerach nic nie macie", bardzo dojrzałym odejściem i środkowym palcem.

Tak że wychodzi na to, że płacę za to, żeby mieć obite auto i w dodatku użerać się z kobietą z auta obok. Właścicielka parkingu mając to w nosie pokazała właścicielce auta że można obijać auto i mieć wy.. I tak, to na pewno ona bo nigdzie indziej nie parkuję prostopadle z autem obok, a na parkingu zaczęłam parkować praktycznie z rozpoczęciem zimy i żadnych rys wcześniej nie było

parking

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (121)

#91998

przez ~karolcia9666 ·
| Do ulubionych
W pociągu spotkałam swoją koleżankę z jednej z byłych prac. Naszło nas na wspominki o naszym Januszu Biznesu i tym sposobem powstaje ta historia- ranking moich najlepszych pracodawców (z przymrużeniem oka).

Pracowałam od matury, stąd miałam sporo przejść i ciekawych miejsc pracy. Może zacznijmy od tych najbardziej lekkich, czyli praca w restauracji lokalnej. 2015 rok, pierwsza praca.

Zatrudniona byłam jako kelnerka na okres od matur do października. Potem miałam być na weekendy, ale szybko wyszło, że nie dam rady mieć zmian od piątku do niedzieli, bo ostatni pociąg miałam o 18. Jednak lokalny Janusz czuł się w obowiązku wytłumaczyć mi, że przecież mogę jechać przed zajęciami, bo pierwszy pociąg do mojej studenckiej miejscowości był o godzinie 5 rano. Restauracja w niedzielę była otwarta do 22, ale zanim zamknęliśmy kasę, posprzątałyśmy to była najszybciej 23. Nie rozumiał mojej decyzji, gdy kończyłam współpracę.

Druga moja praca, która okazała się piekielną, to właściwie był staż.

Staż miałam mieć przez okres 3 miesięcy. Potem miałam przejść na umowę zlecenie. Minęły 3 miesiące, proszę o umowę. Będzie remont kancelarii, stąd nie będzie możliwości pracy, a poza tym, miałam sesję. Miałam przyjść po sesji, to wtedy będę mieć umowę. Okazało się, że w międzyczasie wystawiono kolejną ofertę na staż, z obiecaną umową po 3 miesiącach. Zadzwoniłam do szefowej i powiedziała, że nie będzie dla mnie przestrzeni. Potem dowiedziałam się, że to stara praktyka tego miejsca.

Następna praca, dzielona właśnie z wyżej wspomnianą koleżanką, dajmy na to Magdą.

Stylizowała się na wielką korporację, mimo że pracowaliśmy tam w 10 osób. Jednak każdy z nas był menagerem (ja pracując przy obsłudze klienta i administracji w zależności od stopki byłam Customer Service Manager lub Executive Assistant). Gdy pisał klient z trudną sprawą, miałam pisać, że sprawę przekazałam do np. działu technicznego, gdy w rzeczywistości dalej było to moim zdaniem. Magda przyszła po mnie i przejęła moje obowiązki klienckie, a ja miałam przejść na robienie prezentacji graficznych oraz sprzedaż B2B. Tu umowy wysyłałam do szefa, który nanosi zmiany w pliku umowy, a potem ja miałam zmieniać je według uwag, tylko po to, aby klient widział, że po naszej stronie nad umową pracowały przynajmniej 3 osoby. Oczywiście miałam też dzwonić do firm, czy chciałyby skorzystać z naszych usług i zbywano mnie. Dostawałam za to fochy, że nie umiem dobrze sprzedawać B2B i dostałam do zrobienia darmowy kurs.

Sytuacja firmy zaczęła się robić nieciekawa, gdy zaczęła się rotacja. Ja co chwilę skakałam między marketingiem, obsługą klienta B2B, a klientem zwykłym. Szef miał wywalone, gdyż twierdził, że każdego pracownika da się zastąpić. Finalnie obie z Magdą zrezygnowałyśmy. Ja złożyłam wypowiedzenie jako pierwsza, to dostałam pretensje, że zostawiam firmę w kluczowym etapie rozwoju i że już nigdy mnie nie zatrudnią. Magda za to, przez to, że była najstarsza stażem (po 1,5 roku!), była już błagana, aby nie odchodziła, przynajmniej do momentu przeszkolenia nowych pracowników.

Praca w państwówce.

Idź do państwówki mówili, będzie fajnie mówili. Kolesiostwo, mobbing, brak premii, pretensje o to, że chce się otrzymać wynagrodzenie za nadgodziny (można było tylko je odebrać, jednocześnie były problem z odebraniem zwykłego urlopu) oraz ekwiwalent za urlop. Marka sławna na całą Polskę, a w rzeczywistości ostała się w PRL. Dyrektorzy zarobki milionowe, a na zwykłego pracownika nie było pieniędzy. Gdy wywalił mi się całkowicie laptop, najpierw musiałam napisać dosłownie 5 wniosków z tym, że nie jest możliwa jego naprawa. Dopiero wtedy dostałam zgodę na złożenie zapotrzebowania do informatyków etc. Cała procedura zakupu laptopa trwała 1,5 miesiąca i przez ten okres pracowałam na laptopie, który włączał się 15 minut, a otwarcie i Excela i Worda, powodowało wywalenie systemu. Moja kierowniczka obniżyła mi przez to ocenę pracownika, bo przestałam wyrabiać się z zadaniami w terminie wyznaczonym.

Wisienka na torcie- firma, którą podałam do PIP.

Tu muszę pochwalić PIP, bo nie zapowiadali się z inspekcją i sama ja byłam zaskoczona tym, że ona nastąpiła. Zgłosiłam pracodawcę, bo nie trzymał żadnych norm. Nie było nawet biurek i krzeseł obrotowych. Gdy się zatrudniałam, powiedziano mi, że to stan przejściowy, bo firma jest w trakcie zakupu nowego lokalu i przenoszenia się tam. W jednym pokoju o powierzchni około 40 metrów kwadratowych, stały 4 ogromne szafy na dokumenty, stół konferencyjny na 12 osób, przy którym pracowaliśmy. Jedynie zarząd i księgowość mieli swoje przestrzenie. Toaleta była jedna na wszystkich pracowników, a kuchnia to czajnik. W końcu czara goryczy się przelała po tym, jak zimą (4 miesiąc mojej pracy, umowa na 12 miesięcy), padło ogrzewanie i nie pozwolono nam pracować z domu. W biurze było 10*C. Zgłosiłam to do PIP i cała lista uwag została przekazana do zastosowania. I tym sposobem część osób musiała pracować zdalnie (w tym ja), bo nie było biurek. Odeszłam z firmy miesiąc później, bo nie mogłam się doprosić o ekwiwalent za pracę zdalną.

A wy jak wspominacie swoje najgorsze prace?

praca pracodawca

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (131)

#92003

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnie opowieści o SOR-ach oraz zbliżająca się Wielkanoc, przypomniały mi historię, która wydarzyła się kilka lat temu. Bohaterami opowieści są bracia - Darek i o 4 lata młodszy od niego Marek. Darka poznałem dzięki mojemu kumplowi ze studiów, zaś Marka nigdy na oczy nie widziałem, ale za to dużo o nim słyszałem. Ktoś kiedyś powiedział o Marku, że piątą klepkę to on ma, ale często mu się odkleja. Na czym to polegało? Otóż Marek należał do osób, którym jeśli powiedziało się, żeby czegoś nie robili, gdyż np. poparzą się, kopnie ich prąd itp., to na 98% to zrobili. Takich przypadków było bardzo dużo. Czasami kończyły się śmiechem, czasami płaczem, kilkoma siniakami, a czasami niestety na SORze.

Prosty przykład. Jako nastolatkowie bracia wraz z kolegami poszli na ryby. Nad wodą zaczęli robić sobie kanapki. Do krojenia bułek jeden z kolegów zaoferował swój nowy nóż do filetowania ryb. Uprzedził Marka jako najmłodszego w towarzystwie, aby nie kroił swojej bułki trzymając ją pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym, gdyż nóż jest ostry jak brzytwa i używając większej siły, może sobie przeciąć skórę w „zgięciu” pomiędzy tymi palcami. Co zrobił Marek? Postanowił sprawdzić prawdziwość tych słów i pokaleczył się tak, że wymagało to niestety szycia na SORze. Dodam, że Marek miał wówczas 13 lat, a nie na przykład 5.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że rodzice za akcje Marka, zawsze obwiniali Darka, uznając że starszy brat powinien wziąć na swoje barki odpowiedzialność za młodszego. Na samych reprymendach słownych się niestety nie kończyło i Darek ponosił różne nieprzyjemne konsekwencje działań Marka. Po opisanej sytuacji z nożem, dostał np. miesięczny szlaban na wędkowanie. Członkowie rodziny i przyjaciele, czasami próbowali tłumaczyć rodzicom Darka i Marka, że starszego z braci nie można obwiniać za wszystko co nawywija młodszy, ale nikomu się to nie udało. Rodzice byli pod tym względem nieprzejednani, a w rodzinie pocieszano się, że Marek z tego wyrośnie.

Tu trzeba też dodać, że relacje pomiędzy braćmi, niezależnie od takiego, a nie innego podejścia rodziców, były zawsze bardzo dobre, ale mimo wszystko Darek odetchnął, kiedy Marek wybrał się na studia na drugi koniec Polski. Pomimo bowiem osiągnięcia przez Marka pełnoletniości, rodzice nadal uważali, że Darek powinien być jego aniołem stróżem. Po skończeniu studiów Marek osiadł na wspomnianym drugim końcu naszego kraju, ożenił się i został ojcem dwójki dzieci.

Kilka lat temu, Marek wraz z rodziną przyjechał na Wielkanoc do swoich rodziców. Przyjechał w piątek przed południem i na wieczór umówił się z Darkiem na piwo w pobliskim pubie. Bracia usiedli przy barze i delektowali się piwkiem. W pewnym momencie ktoś z sali zgłosił barmanowi, że przepaliła się żarówka. Barman poszedł ją wymienić i kiedy wrócił z przepaloną żarówką, zagadnął go siedzący przy barze klient. Konkretnie zapytał się barmana, czy ten wie, że żarówkę da się włożyć do ust bez problemu, ale wyjąć już nie, tzn. da się ale po podaniu jakiegoś specyfiku przez lekarza.

Pomiędzy panami zaczęła się dyskusja, z której wynikało, że klient oglądał w TV program, w którym jakiś aktor, czy innej maści celebryta opowiadał śmieszną historię z wkładaniem żarówki do ust i koniecznością jazdy na SOR. Przy barze wywiązała się dyskusja na ten temat, gdzie ktoś twierdził, że to bujda, a ktoś inny, że jak najbardziej fakt. W końcu barman żartobliwie zaproponował, że może któryś spróbuje i włoży sobie żarówkę do ust. Pewnie się już domyślacie… TAK! Marek włożył sobie żarówkę do ust. Dodam jeszcze, że kiedy to zrobił, Darka nie było przy barze, gdyż poszedł do toalety. Na marginesie, spór został rozstrzygnięty, tj. żarówki wyjąć się nie dało i trzeba było udać się na SOR.

Na SORze niczego w 15 minut się nie załatwia, więc bracia kwitli na poczekalni jakiś czas. Przedłużający się wypad „na 2 piwka” zaniepokoił żonę Marka, która do niego zadzwoniła. Odebrał oczywiście Darek, gdyż z żarówką w gębie rozmawiać się nie da. Tłumaczenie całej sytuacji przez Darka nie przekonało ślubnej Marka. Uznała, że panowie się upili i musiało stać się coś co chcą przed nią ukryć. No ja jej się nie dziwię, gdyż kto przy zdrowych zmysłach wkłada sobie żarówkę do ust. Po kilku minutach zjawiła się na SORze, a wraz z nią ojciec braci. Na widok gwintu żarówki wystającego z ust, ślubna Marka padła ze śmiechu. Z kolei ojciec zrobił karczemna awanturę Darkowi, stwierdzając że jako starszy brat nie powinien młodszego zostawiać przy barze samego. Na ironiczne pytanie Darka, czy w takim razie miał nie iść do toalety i zeszczać się w majtki, usłyszał odpowiedź, że … TAK!!!

Aby nie pozostawiać żadnych wątpliwości, wyjaśniam że w momencie, kiedy ta sytuacja miała miejsce, Marek miał 34 lata!

rodzina

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (178)

#92001

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Byłam we wtorek z najmłodszą córeczką na kardiologii dziecięcej, na kontroli (otwór w przegrodzie międzyprzedsionkowej, obserwujemy). Zawsze wygląda to tak, że zgłaszam się na Izbę Przyjęć (boczne wejście), okazuję skierowanie, dostajemy papiery, bransoletkę i zgłaszamy się na oddział. Pomiary, EKG, echo serca, dziękujemy, kartę wypisową doślemy pocztą...

Wychodząc zahaczyłam o kiosk, bo skończyła nam się woda w bidonie. Kiosk jest akurat naprzeciwko rejestracji do porani przyszpitalnych, więc byłam świadkiem ciekawej rozmowy:

Mama: Dzień dobry, miałam się zgłosić z dzieckiem na oddział.
Rejestratorka: Musi pani iść na izbę przyjęć. Trzeba wyjść na zewnątrz, iść w prawo i potem znów w prawo.
M: Ale ja mam skierowanie!
R: Tak, ale z tym skierowaniem musi pani na izbę przyjęć iść.
M: Ale ja na oddział! Z dzieckiem!
R: Jak na oddział z dzieckiem to musi pani przez izbę przyjęć...

Tutaj muszę przyznać, że nawet przez moment chciałam podejść i zaproponować, że zaprowadzę panią na IP, zwłaszcza że musiałam tamtędy przejść w drodze na parking, ale gdy zaczęła krzyczeć, stchórzyłam. Ale ciekawa jestem, za którym razem do pani dotarło, gdzie ma iść...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (129)

#91995

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia mocno "medyczna".

Tak sobie siedzę przy kompie i wyjątkowo mam ochotę coś napisać, zamiast tylko scrollować historie i komentarze...
Mam depresję, nie wiem skąd się to cholerstwo wzięło, raczej jestem na etapie, że guano mnie to obchodzi (jak wszystko inne). Oprócz depresji (stwierdzonej przez psychiatrę, żeby nie było, że sobie wymyślam) mam kilka innych dolegliwości, zapewne możliwych do zdiagnozowania i wyleczenia, ale...

Potężne bóle pleców. Neurolog, tomograf i rezonans. "Proszę pani, pani ma kręgosłup w doskonałym stanie, pewnie pani nigdy nie pracowała fizycznie?". Ku*wa, moja praca jest też pracą fizyczną, schylanie się, dźwiganie itp. Normalny człowiek zapewne by zapytał, że skoro jest w tak doskonałym stanie, to dlaczego boli??? Ja położyłam uszy po sobie, powiedziałam "dziękuję, do widzenia" i wyszłam. Nie, nie brakuje mi języka w gębie, po prostu nie chciało mi się z nim handryczyć...

Przeziębienie, które niestety "objawiło" się dopiero rano, o godz. 5.00 nie byłam w stanie zwlec się z łóżka, termometr pokazywał radośnie 38,6 *C. Piszę do kierowniczki, że mnie nie będzie, pyta czy biorę L4 czy ma mi UŻ wypisać? Coś mnie tknęło i poprosiłam o UŻ, zaznaczając, że być może to L4 załatwię, to mi to wtedy anuluje tego UŻ-eta. Koło południa dowlokłam się wreszcie do mojej poradni, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że dzisiaj na pewno żaden lekarz mnie już nie przyjmie (to była środa), na czwartek i piątek też już ludzie pozapisywanie, to co, chce pani na poniedziałek? L4 można wystawić do trzech dni wstecz, na cholerę mi wizyta w poniedziałek? "Powtórka z rozrywki" jak u neurologa, dziękuję, do widzenia.

Schudłam ok. 5 kg. Moja optymalna waga to 53 kg, poniżej wyglądam jak śmierć na chorągwi - figura jest super (jeśli komuś się podobają wystające kości biodrowe), natomiast mam wtedy "wpadnięte" policzki i czarne cienie pod oczami. Teraz ważę 48. Kurde, naprawdę się nie głodzę, po prostu nie odczuwam łaknienia i nie pamiętam, że powinnam coś zjeść. Już nie mówię, że NIC mi nie smakuje, każdą potrawę odbieram jako "tekturę", bo jeszcze tyle rozsądku mi zostało, żeby jeść - no oczywiście jak mi się przypomni, że należy coś zjeść...

Psychiatra zasugerowała, że bóle pleców mogą być spowodowane problemami psychicznymi. Fajnie, no to wykupię leki i zobaczymy czy pomogą również na plecy. Dzisiaj poszłam sobie odebrać paczkę z paczkomatu. Szłam i utwierdzałam się w przekonaniu, że z tymi plecami to nie jest tak źle, no owszem, odczuwam je, ale bardziej jako taki dyskomfort w dolnej części pleców niż faktyczny ból. Weszłam do sklepu, wzięłam kilka drobiazgów do koszyka, stanęłam w kolejce... Po ok. pół minucie miałam ochotę wyć z bólu. Jak debilka dreptałam dwa kroczki w przód, dwa kroczki w tył, kroczek w bok, bo ból dosłownie rozrywał mi okolicę lędźwiową.

Siedzę teraz przy kompie. Siedzę, chociaż najchętniej bym się zwinęła w mały, ciasny kłębuszek. A nie, w kłębuszek nie, nie dam rady. A, środki przeciwbólowe g*wno dają. Nimesil. Ketonal. Doreta. Nie pomaga.

Psychiatra pytała, czy mam myśli samobójcze. Nie, nie mam. Owszem, bardzo często mam przekonanie, że fajnie by było, gdybym umarła, ale nic nie planuję. Nie chce mi się. Tak po prostu mi się nie chce.

Nie wiem, czy to piekielne. Może piekielna jestem ja, może mój organizm, a może po prostu ta cholerna depresja.

Nie wiem, czy odpiszę na komentarze. Nie wiem, czy mi się będzie chciało.

depresja

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (142)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni